wtorek, 28 marca 2017

Lekcja Pięćdziesiąta Czwarta: W stronę Kozaka

Ciągnę Kozę za uszy do nauki polskiego. Ciągle o niego drżę, bo dla mnie wciąż oscyluje w granicach ryzyka egzystencjalnego. Ale postronek dawno zerwany, a Koza spora (za moment stuknie jej szesnaście wiosen), toteż zwykle się wywinie.

Brak mi sił, żeby staromodnie przymusić, na przykład banując komórkę. Chodzę permanentnie skołowana. Stoję przed otwartą spiżarką i nie wiem, jak tam się znalazłam. Szukam sedesu po kuchni, na jedną parę okularów nakładam drugą. Rozumiem, jak czuła się moja mama, gdy podeszła z zapaloną zapałką do pralki i zdziwiła się, że nie ma palników. To ostatnie mi co prawda nie grozi, bo nie używam zapałek, gotując. Ale fakt pozostaje faktem: kawał czasu potwierdzi, że zbyt często nie ogarniam życia i Kozie w to graj.

- Położyłam ci na biurku czytankę z ćwiczeniami - mówię, sugerując, że musi zając się polskim sama.
- Nie mam czasu. Muszę czytać lekturę - odpowiada dzieciak po angielsku.
- Dasz radę zrobić jedno i drugie. Książka jest krótka! (To Noc Elie Wiesela.)
- Mam sprawdzian z matematyki.
- Czy wczoraj nie było?
- Wczoraj była kartkówka. Jutro - sprawdzian.
- Przecież mówiłaś, że i tak dostaniesz pałę. Zabieraj no się za polski.
- A właśnie, że za kartkówkę dostałam 100 punktów!
- Czego chodzisz bez papci?
- Bo jest globalne ocieplenie?

Koza coraz śmielej podryguje, ponieważ mija pół roku, odkąd dostała skrzydeł. Po prawdzie to tylko rozmiar XS, ale podfruwajka chwilami dorosła się robi, bo oto zaczęła dorabiać.

Żadne zawrotne sumy, lecz powód, dla którego poproszono o Kozę po prostu mnie powalił. Pracodawca chciał, aby miła, sympatyczna dziewczyna, jaką od czasu do czasu zatrudni do dziecka, mówiła po polsku. I w okolicy trafiła się taka jedna. Moja Koza.

Satysfakcja, jaką czuję po latach, szczególnie tych ostatnich, kiedy podważałam sens siłaczki nad siadaniem do polskiego, dopiero się wykluwa. Jestem zbyt oszołomiona i nie potrafię opisać, co w duszy roście. Inkaustu i słów brakuje. Z jednej strony nie chcę zapeszać radości, z drugiej mam ochotę pokazać słońcu zwycięską motykę.

Sienkiewicza może Koza nie przeczyta. Nie pozna klasyki polskiej literatury jaką w Polsce przerabia licealista. Nie przeczyta moich pamiętników, listów, które do niej piszę, kiedy nie widzę innej drogi rozmowy. Wątpię, czy zajrzy na ten blog, choć wie, że istnieje. W porzo. Niech już tak zostanie. Ja poczytam Sienkiewicza, żeby mu przykro nie było.
- Wraże Uroczyszcze - mruczę, sprzątając po kolacji.
- Do mnie mówisz? - Koza wyciąga z ucha słuchawkę.
- Wraże Uroczyszcze - powtarzam głośno. - Niezły połamaniec, co? Dasz radę wymówić, czy za trudne?
Koza patrzy na mnie z politowaniem.
- Wraże Uroczyszcze - woła z kanapy Kozak, z angielskim akcentem, ale nie ma wątpliwości, że chodzi o ż i cz, kiedy je wymawia. 
Dobrowolnie!

And that's my cue. To mój znak, że na mnie już czas.
Wiem, kiedy odejść, dać Kozie pożyć.

Wymyka się. 
Prędzej dziś zainteresuje kurs prawa jazdy niż lekcja polskiego z matką.
Taka kolej rzeczy. 

Ale nature abhors a vacuum - natura nie lubi próżni. 
Dlatego skradam się w stronę syna:
- Taś, taś, Kozaczku...


poniedziałek, 13 lutego 2017

Podwójna dawka

Niedziela w południe, mąż musi do lekarza, bo nie wytrzyma do jutra. Ogólna słabość wzięła, gardło boli i temu podobne.

Wstawiłam naczynia do zmywarki, poczytałam Kozakowi, obudziłam Kozę, zabrałam się do sklepu - cały czas kaszląc. Obliczyłam, że dychranie nie ustaje od tygodni. A jeśli to zapalenie oskrzeli? Czternasta z minutami podejmuję odkładaną męską decyzję i sama jadę dać się zbadać.

W poczekalni dyżurnego mini-pogotowia tylko trzech pacjentów, w tym Luby Mąż.
- Ty tu ciągle siedzisz??
Miał pecha. Przed nim było kilka osób. Szczęściem on następny.
Rejestruję się. O! Państwo są małżeństwem? To samo ubezpieczenie? To może razem do gabinetu? Pewnie. Krępacji nie ma. Po latach korzystania z jednej łazienki, pani! co to dla nas wspólne badanie...
Pielęgniarka wskazuje drzwi z numerem 2. Dwójeczka? To niczym my, ja i mąż. Znak! Jak pragnę zdrowia!

Wchodzimy. Siadamy na kozetce. Pod tyłkami szeleści biegnąca wierzchem leżanki bibuła ochronna. Patrzymy po sobie zdezorientowani. My ostatnio nigdzie sami. Minimum samotrzeć. Więc co teraz? Cóż człowiek robił wspólnemy czasy, kiedy mu nie przerywano?

Czasy te zaczęły się właśnie na siedząco, przy kulawym stoliku w stołówce pracowniczej. Miesiąc, dwa i - wciąż po koleżeńsku - znaleźliśmy się na ławce w parku. (Trzymała nas do drugiej nad ranem.) Pół roku później siedzieliśmy już na tęskniącej a jeszcze na peronie. Rzuciło w końcu na przyozdobione klęczniki. W fotele w powietrzu, w wynajęte mieszkanie, w wir wspólnych studiów i pracy.
Teraz lądujemy razem na wywiadówkach, o drugiej w nocy gadamy przez sen, ławeczki w parkach zawsze zajęte przez cudze dzieci, a przy posiłku, w towarzystwie sennej Kozy chybocze się dziś Kozak.
Trudno o chwilę dla dwojga, a tu psikus - randka w gabinecie lekarskim! Sorry, Batory, Erich Segal (gość od Love Story) by lepiej nie wymyślił. (Bo - spoiler! - jednego z bohaterów by zabrakło.)

 - To zacznę od żony. - Pielęgniarka wróciła. Mierzy ciśnienie i temperaturę. Podaję symptomy. Po mnie kolej na męża.
Przychodzi lekarz. Osłuchuje. Powtórka z symptomów. Czekamy w ciszy na wyniki wymazów. Nawet kaszleć mi się nie chce. Wreszcie lekarz wraca, wydaje diagnozy. Potem Luby Mąż udaje się do apteki. Ja - do dzieci.

W samochodzie myślę o nas, Jacek i Barbara - nudna starsza para. Ze zmarszczkami, z wykrotami, ze wspólnotą majątkową - mówiąc formalniej, kumulatywny efekt zaciąganych kredytów i długów wdzięczności. Wiecznie pełen zmartwień nasercowych. Nie takie to inne. Co krok. Przynajmniej co moje to twoje. Ot co!

Gdy biorę leki, zapuszczam się wstecz aż po kibolący się stolik w stołówce pracowniczej. Tak, ten sam, co nas połączył. Pojawia się każdy detal. Serwetnik Społem, cienki, biały wazonik, a obok - mąż.
Ale ten z pretensjami, jakby dostał nagle białej gorączki!
- Wzięłaś mój antybiotyk!!
Patrzę na opakowanie.
- Naprawdę? No ale skąd mam widzieć bez okularów, co biorę!?
- To czemu ich nie zakładasz?
Bo nie pa-mię-tam! Są ważniejsze rzeczy na głowie!
Znajduję szkła do czytania, żeby sprawdzić naklejkę. Faktycznie - doszło do omyłki. Luby Mąż, widząc moją minę, nic już nie mówi.
Ja też nie - gościu od Love Story wyraźnie powiedział, że "Miłość to znaczy, że nigdy nie trzeba mówić przepraszam".
Ale niech tam. Nie będę taka.
Posyłam blady uśmiech. Ewentualnie mogę jeszcze rozłożyć bezradnie ręce. Albo głęboko westchnąć.
Podchodzę do chłopa, spoglądam mu w twarz i zaczyna targać mną kaszel. Love and germs are in the air! Razem roznoszą się w powietrzu i miłość i zaraza w urocze, niedzielne popołudnie.

I piszę o tym na poświadczenie, że "Każda kobieta dwa razy szaleje: kiedy się kocha i kiedy siwieje."

wtorek, 17 stycznia 2017

"Wspólnemi" siłami - wytyczne na Nowy Rok

Nie praktykuję wymyślania postanowień noworocznych. Życie samo schody ustawi, głupia bym była je sobie dodawać. Postanowienia noworoczne przyniósł za to Kozak ze szkoły. Wszyscy uczniowie pisali, o dziwo, napisał i on.

1. Become a better spy.
Że chciałby zostać lepszym szpiegiem.

2. (pisze dziecko biegłe w elektronice) Become better on my tablet.
Że chciałby sprawniej posługiwać się tabletem.
(Pytam ja się: da się?)

3. Stop telling my secrets. 
Przestać rozpowiadać swoje sekrety.

To główne założenia, jest ich więcej, ale istnieje punkt niezapisany, o którym wiem, że jest najważniejszy. Mianowicie Kozak chce przyjaciela, który nie będzie się kłócić. To nie może być nikt z rodziny, ani z klasy, ani z dzieciaków na podwórku. Nie wiem więc, gdzie go znaleźć.

Posiadanie przyjaciela poważnie leży dziecku na sercu.
- Nie wiesz, mamo, że Bóg kazał mieć przyjaciół? To jedno z dziesięciu przykazań.

Być może, ale przykazania swoją drogą, a możliwości człowieka swoją. Obawiam się, że sen o takim koledze długo się nie ziści, ale skupmy się na pozytywach.
Połowa stycznia, a Kozak osiągnął pierwszy cel z noworocznych ustaleń. Odbieram dzieciaka w zeszłym tygodniu ze szkoły i słyszę zamiast powitania:
- Mama! Już wiem, jak lepiej szpiegować!
- Tak? Gratuluję! Jak się to robi?
- Musisz mi kupić lornetkę!

wtorek, 27 grudnia 2016

Obrazki świąteczne

[Ten wpis to tylko dobudówka do poprzedniego. Jeśli nie było okazji go przeczytać, zalecam wpierwej kliknąć TUTAJ ]

Obrazek Pierwszy

Koza kolejny dzień nie je.
Pije. Wodę, wywar na grypę, herbatę lipową, syropy, ekstrakt z czarnego bzu.
Wstaje tylko do łazienki, bo nadal dusi oddech.

W nocy się męczy. W dzień śpi.
Ja denerwuję się równo jak leci.

Drugi

Luby Mąż zbiera się przebierać na wigilijny obiad. Marudzi, że gorąco.
Uważam, że przesadza. Jest dwadzieścia osiem stopni, zmiłowanie po lecie.
Układam rybę na półmisku, kiedy małżonek wchodzi do kuchni w galowym stroju własnego uznania.
- Zobacz, co znalazłem w szufladzie z wyjściowymi szortami.
Zamówione z Polski książki i gry na Boże Narodzenie!
Ale jajo!

Trzeci

Kozak też się przebrał do Wigilii. Za Terminatora.
Prezentuje przy twarzy karabin nerf.
Z luf wystają czarne przyssawki gąbek,
znad głowy sklejony żelem włos w sztorc.
Na twarzy kulerskie matrixy. Kolor szkieł - rażący granat.
Do tego podkoszulek z ulubioną dziurą, że bez zachwytu nie podchodź.
- Dobrze wyglądam?

Kiwam głową na tak, pomna ważnego: know when to pick your battles.
Wiem, kiedy nie warto walczyć o swoje.

Czwarty

W następnym pojedynku zostaję załatwiona w każdej z trzech prób.
Terminator liznął łyżkę z barszczem.
- Tego nie - odrzekł krótko.
Uszczknął róg pieroga i wypluł.
- Ble!!!
Kawałek pieczonej ryby?
Przeczący ruch bronią.
Wycofuję się.

Przynajmniej udało się wcześniej przekonać Kozaka, że nie ma potrzeby wypowiadać wojny "Trzem Królom", goszczącym w trawnikowej scenografii świątecznej za rogiem.





Piąty

Luby Mąż przygląda mi się nieodgadniętym spojrzeniem.
- Pić barszcz i zagryzać tartymi buraczkami... - odzywa się w końcu - to jak jeść ziemniaki i zagryzać czipsami...

Szósty

- Nie upiekłam ciastek dla Świętego Mikołaja. Bardzo mi przykro - przepraszam Terminatora, który - amerykańskim zwyczajem - chce zostawić Gwiazdorowi pod choinką picie i jedzenie.
- OK! To samo mleko. - Syn ucieka od stołu przygotować przekąskę.
W kuchni zmiana zdania.
- Nie dosięgnę. Naleję soku. Pomarańczowego.
Marszczę czoło, mąż wzrusza ramionami.
- No, co? Adaptacja to podstawa. W końcu jesteśmy na Florydzie, nie?

Siódmy

- Wyłączyłaś piekarnik?
- Tak.
- Bo strasznie tu gorąco - mąż znów wydziwia.
Faktycznie. Też jestem mokra, a przed chwilą brałam prysznic.
Sprawdzam po kryjomu piekarnik.
Wyłączony.
Żesz! Wyłączone jest przecież i chłodzenie.
Idę do termostatu. W przekładzie na Celsjusze wyświetla dwadzieścia dziewięć stopni. Odpalam klimę, a drodze powrotnej do stołu spostrzegam na stołku przy choince sok pomarańczowy. Wypijam duszkiem. Odstawiam szklankę i zerkam na list od Kozaka:

Dere Santa, Here is orange juice. It is also tasty.
Dorgi Mikołaju! Oto sok pomarańczowy. Jest również smaczny.

Potwierdzam. I also w sam raz na przerzedzone elektrolity.

Ósmy

- O nie!!! Wypiłaś mój sok dla Mikołaja? Za karę nie dostaniesz nic na Gwiazdkę!
- Poczekaj! Pamiętasz, co to zły uczynek? Musisz go zaplanować, wiedząc, że tak się nie robi i wykonać, nie żałując. Wypicie soku to był odruch! Przepraszam cię, ale nie zastanawiałam się nad tym, co robię. Tak jakoś wyszło...
- Rozumiem. Ja mam tak, gdy pierdzę...

Dziewiąty

- To jakimi dobrymi uczynkami możesz się pochwalić w te święta? - pytam syna, nalewając soku do czystej szklanki.
Kozak znów się irytuje.
- No przecież mówiłem!
- Ale ludzie są zapominalscy. Możesz mi przypomnieć?
- Powiedziałem Grace, że jest sexy.

Dziesiąty

Pojawia się Koza.
Idzie mętnym krokiem, na pamięć, i jak wówczas, gdy głodna - pcha się prosto do lodówki.
Otwiera drzwi, mruży oczy przed łuną bijącą po tychże.
Zarzuca charczącym głosem:
- Co to ma być? Wigilia i nie ma nic do jedzenia?

Jedenasty

Koza zjadła pięć pierogów, rozdała zrobione przez siebie prezenty i znów zapadła się pod ziemię.
Wyciągnęłam wino, żeby opić upragnione nadejście, ale tak długo i tak pieczołowicie ustawiałam swój prezent od córki w gałązkach choinki, że zapomniałam o toaście.




Dwunasty

Butelka dotąd nietknięta.
Alkohol został przyniesiony w listopadzie przez sąsiada w podzięce za opiekę nad milusińskimi, a mniejszy milusiński, mimo że nie doczekał się mnie w Wigilię o północy, jak planował, tak zrobił. Wyrzygał mi. I to dość ostro, bo w poprzek kuchennego stołu, Kocium Panie!

Ścierałam, drapałam, dezynfekowałam.
A teraz, co spojrzę na trunek, robi mi się niedobrze. Nie otwieram. 
Czuję, że stanąłby korkiem w gardle.

Musi poczekać. Do siego roku.










piątek, 23 grudnia 2016

Podnieść na duchu

Jako dziecko wierzyłam, że wszystko posiada duszę. Stołek, na którym siadam, dziurawe rajstopy czy kubek z kożuchem. Skąd ta wiara, nie wiem. Pewnie z jakiejś własnej, nieprzymuszonej woli.

Uwierzyłam też w duchy. Milczały, gdy się do nich zwracałam, ale nie to mi przeszkadzało. Raczej fakt, że młodsze siostry zbyt beztrosko negowały ich obecność. I ponieważ uważałam, że cel uświęca środki, w zmowie z koleżanką Wilmą spreparowałyśmy nie raz seans ezoteryczny. Ja pochylałam się nad pentagramem, Wilma wyła zza zasłony, a młodsze siostry pierzchały w panice „do mamy”.

Mama. W co wierzy mama czasem mnie zadziwia. Na przykład, że jeśli się poroni, to dziecko wróci, aby jeszcze raz spróbować się urodzić.
Po pierwszej stracie nawet trochę chciałam, żeby w tej materii mama miała rację.

Potem urodziła się Koza, a ja długo nie mogłam usiedzieć w miejscu. Zostawiałam robotę, podchodziłam ostrożnie, żeby nie zbudzić niemowlaka. Dotykałam śpiącej palcem-niedowiarkiem. Jest, dotyk słał mózgowi dowód rzeczowy, aż w końcu, po iluś tygodniach mózgownica poszła którędyś po rozum do głowy. Przestała się bać, że nie ma.

O ile po pierwszej nieudanej ciąży uprzejmie przyjęłam matczyne wierzenia, po drugiej uczepiłam się ich jak rzep. Ale co miałam pomyśleć po trzeciej? Wierzyć w gusła czy nie wierzyć? Matematyka nie kłamie, a matczyny rozrachunek się nie zgadza. Pięć ciąż - dwójka dzieci. Gdzie to trzecie?

Nawet jako stara baba rozglądałam się za trójką. Była przy mnie, tyle wiem. Przynajmniej do dnia, kiedy zostałam zmuszona odprawić ją z kwitkiem. Do tej pory frapuje mnie dokąd ją poniosło. Podążyła skąd przyszła czy poszła spróbować się urodzić komuś innemu? Czy jednak ciągle czeka na szansę w mojej rodzinie?

W dzieciństwie bałam się tylko duchów atakujących nocą spod łóżka i tylko jeśli wystawiłam z niego podrapaną nogę. Przyznaję, ten durny lęk pozostał ze mną do dziś, ale gdy trzeba, przysłaniają go inne. Jeden prześladuje równo od kilku miesięcy po urodzeniu Kozy i raz, właśnie w Boże Narodzenie, mało nie dobił.

Miało to miejsce na zaśnieżonym Midweście w nie tak znów oddalonej przeszłości. 
Wyobraźcie sobie wielki, biały jak dziewiczy śnieg, amerykański dom z gwiazdkowych romansideł lub filmów familijnych, otoczony zadaszoną werandą, z zielonymi wieńcami na oknach. Dom ma sto dzieści lat i to, że nie opowiada o sobie w ten sposób, co ja tylko pobudzało wyobraźnię. Szczególnie wiekowe detale: reprezentacyjne kity sznurów u kotar, wygasłe kominki pokoi, przebarwienia na kloszach. Żyłki w lustrach nad kominkami w świątecznych girlandach. Krocie użytkowych i niefunkcjonalnych antyków. Pęknięcia na tralkach potężnych schodów. Łuszcząca się farba z żaluzji, zacinające zasuwki, odklejające rogi oryginalnych tapet... Lista jest spora, lecz utnę ją tutaj. Zmierzam bowiem do tego, że choć pod warstwami emulsji i kurzu zagruntowano dziewiętnastowieczne odciski palców, według relacji żyjących, któreś z rąk czasem wracały, przenikając przez ściany wypełnione gipsową zaprawą i końskim włosiem. Podobno przekręcały mosiężne i porcelanowe gałki masywnych drzwi. Albo przekładały czyjś grzebień, portfel, spinkę do włosów. I klucze. Te ręce miały hyzia na punkcie teleportowania kluczy. Niektóre wędrowały naprawdę daleko. Nigdy się nie odnajdywały. Przezornie dorabiano je pękami.

Posiadałam tylko strzępki informacji o pierwszych i następnych właścicielach domu, więc zżerała mnie ciekawość, czy chcieli dzieci, które się w nim urodziły, czy mieli dosyć tych, którzy w nim zmarli.

Przyjęłam za normę, że moje ręce mijały się na balustradach z niewidzialnymi dłońmi. I że mimo różnicy wieków, idąc po wygłaskanych od krynolin stopniach schodów, szłam w ślady nieznanych mi pokoleń myślą, mową, uczynkiem...

Wracając do tamtego Bożego Narodzenia - było pełne wrażeń, przede wszystkim spotkań i prezentów. Możliwe, że wybrałam się na pasterkę i dlatego zasnęłam bardzo późno i niestety na moment zaledwie.

Obudziły mnie szmery. Nie w przydzielonej sypialni. Tam górne partie żaluzji zostały niedomknięte, najbliższa latarnia uliczna była dostatecznie blisko, żeby pokojowy mrok zamienić w półmrok. Dostrzegłabym w nim każdy cień, a poza mną, Lubym Mężem i Kozakiem nikogo nie było.

Kiedy niejasny dźwięk się powtórzył, jedyne, co mogłam stwierdzić z pewnością, to że dochodził z piętra, nie z amfilady dolnych pomieszczeń. Przez chwilę naśladował szuranie nogami. Gdyby był z nami był teść, uznałabym, że gna swym stępem swobodnym do „wodopoju”. Albo że właśnie wraca, napiwszy się mrożonej wody z kranu w łazience. Przekręciłabym się na drugi bok i tyle. Lecz skoro teścia nie było...

Patrząc na potężne drzwi, a miałam je na wyciągnięcie ręki, dosłownie za stoliczkiem nocnym, zaczęłam nasłuchiwać kroków na korytarzu. Mimo lekkiego buczenia przenośnego grzejnika dogrzewającego pokój, spokojnie usłyszałabym stąpanie na klepkach inkrustowanych podłóg. Nikt nie przechodził żadnego pokoju niezauważony. Każda skrzypiała złowieszczo niezależnie od pory roku. Nawet pod ślizgającymi się dywanikami. Słuchałam odgłosów z korytarza, ale ktoś gdzieś zakasłał, a podejrzane szmery ustały. Odczekałam jeszcze chwilę i znów zapadła cisza.

Zastanawiałam się, czy aby na pewno chciałabym porozmawiać z kimś z zaświatów. Nie z podstawioną Wilmą, ale kimś jak się patrzy! Duszą „z krwi i kości”!

Poprawiłam poduszkę. Położyłam się na wznak, przez co stare łóżko jęknęło. Przeliczyliłam godziny do rannego wstawania pod komendą Kozaka. I wtedy wyraźnie usłyszałam, jak ktoś chwyta za gałkę w drzwiach. Spojrzałam w jej stronę i zamarłam.

Biała kulka zaczęła się obracać. Tak, jak należy w amerykańskim horrorze. Powoluśku, powolusieńku. Wbiłam w nią wzrok, czekając, aż drzwi się uchylą, ale wówczas przystopowała, po czym wróciła do pozycji wyjściowej.
Nie ruszałam się, zastanawiając, czy mam zwidy i doszłam do wniosku, że tak. Potwierdziła to dłuższa cisza. Głęboki wdech i wydech i... gałka znów poszła w ruch. Znów niemrawo. Kiedy przystanęła w półobrocie, zjeżyły mi się włosy na głowie. Ktoś się ze mną bawił.

Po trzeciej próbie klamka zapadła. Nie będę biernie leżeć i czekać na nie wiadomo co, pomyślałam. Postanowiłam wyjść z łóżka, szarpnąć drzwiami i zaskoczyć intruza. I to raz, a dobrze. Tylko że ze strachu miałam nogi jak z waty.

Kiedy kalkulowałam, czy opłaca się wzywać posiłki (czyt. obudzić męża), usłyszałam ściszony płacz. Cieniutki, zrezygnowany. Skonsternowana wyślizgnęłam się spod kołdry. Narzuciłam sweter. Włożyłam kapcie i podeszłam do drzwi. Przekręciłam porcelanową gałkę i pociągnęłam do siebie. Wrota ani drgnęły. Mocowałam się z nimi dobrą minutę. Kiedy byłam gotowa dać za wygraną, same puściły. Wyszłam na korytarz i rwane pochlipywanie zdecydowanie się nasiliło. Idąc jego tropem wzdłuż rzeźbionej balustrady doszłam do pokoju, gdzie nocowała Koza. Nie przymknięto tu skrzydeł nawet dolnych żaluzji. Światło latarni kładło się wydłużonymi prostokątami po całym pomieszczeniu. Ciemne obwarzanki świątecznych wieńców okupowały akurat tylne wezgłowie, a za nim, w bladej poświacie, na porozrzucanych poduszkach między zmiętymi chusteczkami leżała Koza. Obok niej - opakowania po lekach wziewnych i maska od nebulizatora.

Na mój widok córka lekko się poruszyła. Wypatrzyłam po ruchu warg, że coś mówi, ale słowa zagłuszał grzejnik elektryczny. Wyłączyłam go i usłyszałam świst z rzężeniem.
- Hej! Co jest? Co się dzieje? - spytałam, tknięta złym przeczuciem.
- Nie... mo...  oddy... chać!

Nigdy szybciej nie zmaterializowały mi się w tamtym domu kluczyki od samochodu. Znoszenie Kozy po trzydziestu stopniach zostawiłam jednak Lubemu Mężowi. Zostawiłam też ich na pogotowiu, pragnąc się rozdwoić, bo musiałam śpieszyć do domu. Nikogo nie budząc, zostawiliśmy Kozaka samego. Kładłam się przy nim potem, w swetrze i grubych skarpetach, szczękając zębami, ale sen już tamtej nocy nie przyszedł.

Tamte święta przypomniały, czego Kozie nie wolno, poza długą listą zabójczego jedzenia: nagłych zmian ciśnienia, powietrza z ciepłego na mroźne, prehistorycznego kurzu, roztoczy, ekstremalnych emocji, świeczek zapachowych, nieekologicznych perfum i dezodorantów... Zbyt mocne środki czyszczące plus łupież czworonogów też zrobiły swoje.

Wycieczka skończyła się przeprowadzką do motelu. Na krótko, bo za drogo. Nie było nas też stać na przebukowanie w święta biletów lotniczych. Uciekliśmy na Florydę wynajętym samochodem.

W tym roku ustaliliśmy, że święta mają być low key, jak to mawiają tutejsi. Żadnych ekscesów. I wszelkie znaki głoszą, że to już. Zakwitły wigilijna petunia z pelargonią. Miejscami nawet przybieliło.




Przede wszystkim pojawili się sąsiedzi po prośbie. Z zapytaniem, czy zaopiekujemy się kotami. Ekhem... Co mamy się nie zaopiekować? Jak tradycja, to musi stać się zadość. Tyle jestem jej winna.

Miałam w planie też inne. Mały świąteczny wypad tu i tam. Ostrożny, pod Kozę. Chciałam własnymi kotami się zająć, tymi pod meblami, samochód umyć, bo po warstwie brudu domniemać można, że terenowy. „Terenowo” straszy wnętrze lodówki. Chciałam coś upiec. Ugotować. Choinkę postawić. I kupa. Kozę znów „upalikowało”.

Tydzień dzieciak leży uziemniony. Najpierw niewinie, niby, że przeziębienie. Ale kilka dni zbijamy czterdzieści stopni. Raz bardziej, raz mniej skutecznie. Albo nie zbijamy. Jak lekarzom czapka stoi.

Co się Koza poruszy to kaszle, kaszle to walczy z wydechem. Nie może swobodnie oddychać, a ja nie umiem w takich chwilach za nic się zabrać. Albo stoję jak głupia, albo chodzę z brudnego kąta w kąt. 

Nie będzie dwunastu potraw, nawet sześciu przystawek, ale do kotów pójdę. Do pomocy zatrudnię Lubego Męża. Nie w okolicach nocy wigilijnej. Mniejszy zwierz sąsiada pewnie już czeka, żeby mi nawygarniać za popis listopadowy. Pisałam kiedyś i tego się trzymam: nic co kocie nie jest mi obce. I chociaż wierzę w rzeczy, których gołym okiem nie widać i duchów generalnie się nie boję, wolałabym jednak uniknąć konfrontacji z potępieńcem. Lub szamanem. 

Nie teraz, gdy Koza łapie powietrze jak ryba, a ja nie wiem, na kogo się zdać: alergologa, pediatrę czy speca z nocnego dyżuru, który wyśmiał dwóch poprzednich? Każdy radzi co innego. Poza oklepanym: obserwować i czekać. 

Jakby czas leczył rany. Nie czarujmy się. Nic takiego nie istnieje. 
Kiedy Koza miała pół roku, przestałam się bać, że ją poronię nie dlatego, że zrozumiałam, że takie myślenie jest irracjonalne. Przykra diagnoza napatoczyła się dziecku i tyle. Musiałam wziąć cholerę za bary. Klin klinem.

A skorośmy doszli do prozy życia, a world peace jest w tej chwili poza moim zasięgiem, zawężę egoistyczne życzenia świąteczne. Rodzina jest razem, mam opłatek, pierogi i papier toaletowy, czyli potrzeby na święta zamykają się aktualnie w dwóch punktach:

1. żeby Koza przestała do mnie pisać ze swojego pokoju sms-y (mówienie wywołuje kaszel, kaszel pogarsza wydech itp.), tj. żeby mogła zagadać normalnie.

2. prezenty gwiazdkowe. Heloł? Wesołych Świąt! Tak, do ciebie mówię, paczko z Polski, ukryta przed dziećmi. Trzy tygodnie zabawy w ciuciubabkę może jednak wystarczy? Byś się już odnalazła. Z łaski swojej.

OK. W duszę prezenty.
Pyskowanie matce bez zadyszki, ludzkim głosem, byłoby jak znalazł na jutrzejszą noc.




piątek, 9 grudnia 2016

Odnośnie ćwiczenia na głoskę CZ

 Znalazłam dodatkowe ćwiczenie na CZ:

1. Powiedz dziecku, że przeczytasz sześć nazw kolorów. Kiedy usłyszy CZ, ma dotknąć czubek nosa. Oto wyrazy: czarny, zielony, czerwony, żółty, biały, pomarańczowy.
[Za każdym razem, kiedy dziecko "udzieli poprawnej odpowiedzi", koniecznie trzeba bardzo pochwalić. Nie chodzi o nieszczerość, a pokazanie, że radzi sobie w bardzo trudnym języku.]

2. Zapytaj potem: W garniturze którego koloru pojechałbyś na spotkanie z ... (tu wstaw imię dziecięcego idola): czarnym, czerwonym, czy pomarańczowym? W naszym przypadku miejsce bohatera zająłby dziś Terminator-"Soplica" z filmu nr 2, ale pozostawiam Wam pole do popisu.

[Oczywiście zamiast garnituru może być sweter, a nawet sukienka, pantofle, kokarda itp., bo wiem, że jest mama, która przerabia sobie ćwiczenia dla dziewczynki.]

3. Pokaż kolumnę kolorów i poproś dziecko, aby znalazło i zakreśliło CZ. Przeczytaj jeszcze raz te wyrazy, pokazując je palcem. Jeśli dziecko potrafi, niech pomoże. [Nie każ czytać, jeśli wiesz, że sobie nie poradzi.]

Ćwiczenie w wersji najprostszej do wydruku dla dziecka wygląda tak: [WYBIERZ KOLUMNĘ przed wydrukiem i powiększ czcionkę, np. do rozmiaru 14]

czarny                                   CZARNY      

zielony                                  ZIELONY

czerwony                               CZERWONY

żółty                                      ŻÓŁTY        

biały                                      BIAŁY

pomarańczowy                       POMARAŃCZOWY


Całe zadanie do przedstawienia przez rodzica wygląda zaś tak [UWAGA, przed wydrukiem wybierz kolumnę kolorów, Poniżej wybrałam wersję z małymi literami]:

1. Przeczytam ci nazwy sześciu kolorów. Kiedy usłyszysz CZ, dotknij palcem czubek nosa.
Oto wyrazy: czarny, zielony, czerwony, żółty, biały, pomarańczowy.

2. W garniturze/sukience którego koloru pojechałbyś/-ałabyś na spotkanie z ......................: czarnym, czerwonym, czy pomarańczowym? Dlaczego?

3. Pamiętasz, jak zapisać głoskę CZ? Jakie to litery razem?

4. Popatrz, to są wyrazy, które ci przeczytałam. Poszukaj w nich CZ i zakreśl.

czarny                                      

zielony                                 

czerwony                               

żółty                                         

biały                                      

pomarańczowy                       

4. Przeczytajmy te wyrazy. [Czytasz i wskazujesz kolejno palcem, prosisz, aby dziecko powtórzyło po tobie każdy wyraz].

5. Jakie jeszcze znasz kolory w języku polskim?
Czy jest w nich głoska CZ? (Raczej nie będzie, ale chodzi już tylko o podtrzymanie rozmowy po polsku.)


A wracając do komentarzy z poprzedniego posta, to powiem, że filmowy Superman jest praktycznie bez skazy. ;-) Nasz domowy Superman posiada, niestety, kilka słabości, ale dzielnie z nimi...





Szczególnie w łazience. 
Dlatego na sedesie wisi przypominajka od mamy małego Supermana.





środa, 7 grudnia 2016

Temat na topie i dwuznak CZ

Po dniu nauki w języku angielskim, Kozak, mój syn, ma czasem po prostu dość. Zmotywować go, aby uczył się wtedy polskiego nie jest łatwo.

Wymyślam więc proste teksty, wykorzystując popularne, arcyważne sprawy chłopców lub te omawiane aktualnie przez towarzystwo na podwórku. (Kozak nigdy nie widział żadnego filmu z żadnym superbohaterem, ale to oczywiście nie przeszkadza w tym, aby syn uważał, że jest świetnie w temacie poinformowany.)

Postanowiłam dziś podzielić się jedną z własnych lekcji. Jeśli dziecko zna polski alfabet, a także czyta sylaby otwarte i zamknięte, to powinno poradzić sobie z większością słów w ćwiczeniach pod spodem. 

Zaznaczam, że w gestii rodzica leży, ile ćwiczeń zrobić dziennie i czy przeczytać dziecku polecenia, czy prosić o przeczytanie (wersja pierwsza). W wersji drugiej rodzic czyta polecenia. Pracując z dzieckiem, które ma trudności z pisaniem, punkt ósmy można pominąć.

Pierwsza została napisana standardowym zapisem; druga, wielkimi literami, jest dla dzieci, które nie opanowały jeszcze czytania małymi literami. Oczywiście przed wydrukiem można zmienić imiona co poniektórych "bohaterów" wedle własnego uznania i zainteresowań Waszego czytelnika. Polecam ustawić w Wordzie rozmiar czcionki na czernastkę.

Sylaba



Dwuznak/głoska CZ [cz].


1. Zakreśl w każdym rzędzie właściwą odpowiedź. Podkreśl CZ.

Czy Terminator ma żonę?               a) raczej tak                  b) raczej nie

Czy Terminator ma kanarka?           a) raczej tak                 b) raczej nie

Czy Terminator ma korale?              a) raczej tak                 b) raczej nie

Czy Terminator lubi muzykę poważną?        a) raczej tak        b) raczej nie


2. Zakreśl właściwą odpowiedź. Superman ma rozwolnienie. Co by mu pomogło?

czapka        czepek     banany     paczka    koczek       taczka       czułki     mecz

haczyk      smycz       czubek     tarcza       klucz     czopek     mlecz      jagody   


3. Zakreśl. Która paczka jest od Mikołaja dla Batmana? W środku są:

a) baletki, koczek, perfumy

b) łuk, taczka, giluny

c) peleryna, maska, tarcza


4. Co najczęściej robi Superman?

a) czyta komiksy                 b) czeka na Mikołaja                  c) walczy



5. Batman jest...

a) czuły                              b) uroczy                             c) skuteczny


6. Wpisz w luki słowo CZY. Odpowiedz na pytania zakreślając "tak" lub "nie. Przeczytaj zdania.


______ mama lubi kawę?          a) tak            b) nie

______ dom ma czułki?            a) tak             b) nie

______ mlecz jest różowy?       a) tak             b) nie

______ igła ma ostry czubek?   a) tak             b) nie


7. Odhacz zdania, które są prawdziwe.

___ Muminek to spawacz.

___ Funk to badacz witamin.

___ Kot Filemon to uczony.

___ Superman to siłacz.


8. Przepisz poniżej wszystkie wyrazy z CZ ze zdań u góry:


_____________   _____________   ______________   ______________



Dwuznak/głoska CZ [cz].


1. Zakreśl w każdym rzędzie właściwą odpowiedź. Podkreśl CZ.

CZY TERMINATOR MA ŻONĘ?                   a) RACZEJ TAK            b) RACZEJ NIE

CZY TERMINATOR MA KANARKA?             a) RACZEJ TAK             b) RACZEJ NIE

CZY TERMINATOR MA KORALE?               a) RACZEJ TAK             b) RACZEJ NIE

CZY TERMINATOR LUBI MUZYKĘ POWAŻNĄ?    a) RACZEJ TAK     b) RACZEJ NIE


2. Zakreśl właściwą odpowiedź. Superman ma rozwolnienie. Co by mu pomogło?

CZAPKA       CZEPEK       BANANY        PACZKA       KOCZEK       TACZKA

CZUŁKI        MECZ         HACZYK          SMYCZ          CZUBEK         TARCZA

KLUCZ         CZOPEK           MLECZ         JAGODY


3. Zakreśl. Która paczka jest od Mikołaja dla Batmana? W środku są:

a) BALETKI, KOCZEK, PERFUMY

b) ŁUK, TACZKA, GILUNY

c) PELERYNA, MASKA, TARCZA


4. Co najczęściej robi Superman?

a) CZYTA KOMIKSY                 b) CZEKA NA MIKOŁAJA                  c) WALCZY



5. Batman jest...

a) CZUŁY                               b) UROCZY                     c) SKUTECZNY


6. Wpisz w luki słowo CZY. Odpowiedz na pytania zakreślając "tak" lub "nie. Przeczytaj zdania.


______ MAMA LUBI KAWĘ?             a) TAK                b) NIE

______ DOM MA CZUŁKI?               a) TAK                b) NIE

______ MLECZ JEST RÓŻOWY?       a) TAK                b) NIE

______ IGŁA MA OSTRY CZUBEK?   a) TAK                b) NIE


7. Odhacz zdania, które są prawdziwe.

___ MUMINEK TO SPAWACZ.

___ FUNK TO BADACZ WITAMIN.

___ KOT FILEMON TO UCZONY.

___ SUPERMAN TO SIŁACZ.


8. Przepisz poniżej wszystkie wyrazy z CZ ze zdań u góry:


_____________   _____________   ______________   ______________

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Pocztówka pomiędzyokolicznościowa

Ślubował miłość i wierność wyćwiczoną na tę okazję polszczyzną. I wzajemnie. Nic nie było o stroju niegrzecznej pielęgniarki. Ale w październiku mrugał do mnie mąż zaczepnym okiem, co widziało tani strój halloweenowy w sklepie z artykułami wszytkiej świątecznej potrzeby: czepeczek 'jelęgniarski, miniówa, szpilki...
Popukałam się w czoło. Inni - proszę bardzo, niech robią, co chcą w Halloween. Nie będę wydawać kasiory na coś, w co nie wierzę. Mnie tam erbi.

Jak zaznaczono od niechcenia do kompletu był rozdekoltowany żakiecik.
- A czemuż to mam się przebierać, kiedy sam nigdy tego nie robisz? - pytam. - Założę kostium, jak ty założysz!

Latami pomyślnie spławiałam Lubego, a tu w miniony Halloween mąż wydrukował sobie na służbowej drukarce przebranie. 




Poobklejał taśmą pudło, wyciął dziury na oczy. Przesłał zdjęcie z komentarzem, że jest gotów na przyjęcie w pracy. Czy ja też jestem gotowa na dzisiejszą imprezę? Jaką imprezę? Ja idę na chór, on Kozaka kładzie spać. No. Także tego.

Luby się postarał, nie przemyślał jednak dowcipu do końca. Na przyjęciu będzie łykał ślinkę, pomyślałam. Gracze Minecrafta potwierdzą, że otworu na usta kostium nie przewiduje. Tyle że to już nie mój problem.

Zagadałam koleżankę, aspirującą do kariery fotografki. Aspirantka ma gadżetów do zdjęć galore. [Czytaj: galor z akcentem na "o" - mnogo.] Pożyczyła mi jeden z bajerów. Mimo że optycznie leżał jak ulał, dźgał. Głównie wątrobę i górne żebra. Ale czegóż nie robi się dla przechytrzenia faceta, któremu przyrzekało się uczciwość małżeńską?




Wraca mąż z pracy, wchodzi do kuchni, wychodzę mu naprzeciw. 
- Specjalnie dla ciebie. Proszę. Chciało się z niegrzeczną pielęgniarką...
Ach, te oczy nagle doszczętnie zgłupiałe! 
Lecz Luby trzyma fason. Nie przyzna się, że jest zaskoczony. 
- Czy wiesz, że rozciągasz swój ulubiony sweter?

OK. Możemy i tak.
Po kolacji, tutaj dinner, pojechałam na chór. Pierwszy raz próba przypadała w Halloween, więc uzgodniono, że przybywamy w przebraniach. A niech tam! Nie zdjęłam swojego.

Huczało od wejścia jeszcze zanim zaczęliśmy śpiewać. Poplątaliśmy się między ławkami, ostatecznie siadłam obok Seksownej Diablicy w Czerwonej Pelerynie. (Diablica nie dostała widać memo o tym, że kostiumy winny mieścić się w kategorii "przyzwoity", bo próba w kościele. Ale nie rzekłam nic głośno, bo we własnym oku, czy brzuchu, belka jak się patrzy.)

Próba skończyła się wkrótce po tym, jak się zaczęła. Nie dało się pracować w takiej przebieralni.
- Jak dzieci! Rozkojarzone, rozbzdykane... Wiecie co? Idźcie wy lepiej do domu! - Dyrygent machnął na nas ręką.

Diablica poderwała się pierwsza. Ledwo siedziała. Śpiewając Away in a Manger ("Daleko w stajence") mieliśmy sobie wyobrazić, że w zagięciu łokcia spoczywa malutki Jezusik i widać nie było jej to na rękę. Sama w sumie byłam za opuszczeniem lokalu, bo, jak maż, nie przemyślałam dowcipu. Subtratem emisji głosu jest porządny wdech, a dobrze napierało mi na płuca. Sapałam, produkując kolęda za kolędą półnutę za półnutą. Szybszych dźwięków matka nie miała.

Po wczorajszej próbie jak zwykle tłoczyliśmy się w przejściu, kiedy poczułam, że ciągną za łokieć.
- Fajnie, że już jesteś! Jak maleństwo? Chłopiec czy dziewczynka? Kiedy urodziłaś?
Uświadomione koleżanki tłumią śmiech.
- W Halloween - odpowiadam. - W samochodzie w drodze powrotnej z próby. Zaraz po wjeździe na autostradę.
Przerażenie.
- K. może potwierdzić. Siedziała obok, gdy prowadziłam.
Stuprocentowa zapaść w stupor.
- No coś ty! - Ktoś szturcha wystraszoną. - To był przecież sztuczny brzuch! Na Halloween się tak przebrała!
- Ja też dałam się nabrać -  dorzuca inna litościwa. - Siedziałam z tyłu i plułam sobie w brodę, że wcześniej nic nie zauważyłam.
- No! Ja też! Tylko kiedy Josh kazał się ścieśnić, skojarzyłam, że coś jest nie tak. Wszyscy wychodzą z ławek, żeby przejść do przodu, a ciężarna je przeskakuje?
Faktycznie. Nie chciało mi się obchodzić. (To i chyba normalne, że tego samego dnia "urodziłam".)

Ale przed nami czas komemoracji innego rozwiązania. Pierwsze koncerty bożonarodzeniowe już za trzy dni, więc przypuszczam na niedopieszczone pieśni zmasowany atak. Ćwiczę najczęściej w biegu, w samochodzie, słuchając specjalnie złożonego dla chórzystów kompaktu z piosenkami. Połowa w aranżacjach z zastrzeżonymi prawami autorskimi. Aby legalnie można było umieścić utwory na CD, dorzucono co ileś sekund krótki sygnał dźwiękowy. 

Włączam raz odtwarzacz. "Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom bip! A u żłóbka Matka święta, czuwa sama uśbip!nięta..."

I stąd na koniec nieświadomy bon mot Kozaka, wypowiedziany przejętym głosem:
- Mama, nie wiedziałem, że w kolędach jest tyle brzydkich wyrazów!

No, cóż. Zonk and learn!