środa, 13 września 2017

Irma cz. 6




To o ile moje drzewo minęło się z oknem sąsiada? Tak szczerze. Kilknaście centymetrów? Dobra wiadomość, prawda?

Kiedy we dwa chłopa (Luby Mąż i mąż sąsiadki) ściągnięto je na ziemię, zbadaliśmy ścianę - tynk nie został nawet draśnięty. Ale sąsiadka była przygnębiona.

W zeszłym roku, również we wrześniu, liznął miasto huragan Matthew. Wtedy jeden z cyprysów przechylił się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Tylko tyle. Z grządki go nie wyrwało. Początkowo Luby Mąż chciał drzewo wyciąć, potem przyciąć, ale nie pozwoliłam podnieść na nie toporka. Uparłam się i już. Sama je wybierałam, wiozłam do domu i sadziłam. Jest moje i koniec i wara od niego. Postawiłam na swoim, wiedząc, że robię źle.

Przepchaliśmy wtedy drzewo na miejsce, podparliśmy najcięższą betonową donicą i wróciło do pionu. Nadal żyłam w głębokim przekonaniu, że mogę sobie sadzić na posesji, co chcę. Tym razem nie miałam wyboru. Drzewo poszło pod nóż. I ono i nadłamane liście palmy, tłuczące Kozie w okno. (Ponoć nie zmrużyła przez nie oka.)




Do tej pory trochę mi głupio. I nie chodzi jedynie o to, że mogłam komuś wbrew rozsądkowi rozbić okno. Wstyd mi, że mogło to się stać w taką noc jak ta z niedzieli na poniedziałek.

A sąsiedzi, jak wyszło z rozmowy, mają już dosyć atrakcji: pod wykładziną w dużym pokoju zastali w poniedziałek rano wodę. (I stąd markotna mina sąsiadki.)

* * *

Wychodzi na to, że nasz dom uszedł z Irmy cało. I sąsiada od drugiej strony również. Ale idąc dalej ulicą, już tak dobrze nie jest. Pozrywało dachówki. Przewróciło jeszcze większe drzewa niż moje. Pół dzielnicy jest dotąd bez prądu. Bez prądu jeszcze wczoraj było pół miasta. Pogoda zaś nie sprzyja. Słońce świeci nielitościwie.

Nie ma prądu, więc odwołano lekcje w szkołach do końca tygodnia. Zawieszono zajęcia pozalekcyjne. Luby Mąż siedzi w domu. Dużo sklepów, biur nadal pozostaje zamkniętych. W najbliższym spożywczym pustki większe niż przed nadejściem Irmy, ale snując się po sklepie, pierwszy raz doceniłam alergie Kozy. Jej produktów żywnościowych nikt nie wykupił. Nikt się nie rzucał na sztuczny ser, nieprawdziwe parówki albo jogurty na bazie mleka kokosowego. Nie tknięto również słodyczy, keczupu i octu. Kupiłam go cały galon. Jest potrzebny do przepłukiwania glonów w rurach od klimatyzacji, a agregat żłopie nam ostatnio szklankę trunku na tydzień.

Poruszając się po ulicach, jechałam bardzo ostrożnie. Nie tylko zresztą ja. Inni kierowcy również zachowywali się tak, jakby stracili orientację i pewność siebie. Zmienił się miejscami horyzont, powyginały się znaki, nie sprzątnięto wszystkich leżących drzew, tablic informacyjnych, ale na moim osiedlu przynajmniej działają światła, nie ma powodzi, nie leżą nigdzie połamane słupy energetyczne. (To nowsze budownictwo. Tutaj kable idą pod ziemią.)

Nie muszę zaznaczać, że było wiadome, co przyniesie ze sobą ten kolosalny huragan. Zdjęcia w internecie są prawdziwe. Istnieją części miasta, hrabstwa, stanu, kraju, wysp karaibskich, gdzie rozgrywa się dramat za dramatem. Nie dalej niż dzisiaj na skutek braku prądu w domu spokojnej starości w okolicach Miami zmarło osiem osób. Na piętrze budynku temperatura dochodziła do czterdziestu trzech stopni.

Nigdy więcej nie powiem lekceważącego słowa na huragan, nawet kategorii pierwszej. Nigdy bowiem nie wiadomo, którędy zdecyduje się przejść i co po sobie pozostawić. A znaleźć się blisko oka to znaleźć się w niebezpieczeństwie. 

Są tacy, dla których ten żywioł pozostanie największym życiowym nieszczęściem. Stracili za dużo, niż ich na to było stać, podczas gdy moja rodzina, jakby nie patrzeć, przeżywa w tej chwili przymusowe, domowe wakacje.

Jednak wszystko do czasu. Właśnie zepsuł się kolejny z domowych sprzętów, przenośny grill gazowy. Kto czytał pierwszą część wpisów o Irmie, ten czuje już pismo nosem. Zepsuty grill to znak, że przynajmniej moje życie zacznie wkrótce wracać do normy.

poniedziałek, 11 września 2017

Irma cz. 5

[5:10] Spałam dwie godziny. Gdy kładłam się, było ciemno. Wstałam, bez zmian - czarno i mokro, rozmyte światło uliczne.




Spałam, bo wcisnęłam korki w uszy. Bez zatyczek bym nie zasnęła. Dudnił dach, szarpał wiatr. Teraz jeszcze gorzej. Porywy wiatru są jak z innej planety. Nie dowierzam. Nie pamiętam takiej siły z poprzednich huraganów. To ma być jedynka? Przecież ostatecznie miała być słabizna.

[5:40] Dopiero zauważyłam, że deszcz ustał, ale boję się dłużej stać przy oknie. Wiatr bez wody zdaje się pędzić szybciej. Momentami trzęsą się szyby. Mam wrażenie, że jedno gwałtowne dmuchnięcie i wywieje mnie z własnego domu. I to bez roztrzaskiwania ścian. Wylecę jak latawiec. I tak mam już duszę na ramieniu i ze strachu unoszę się nad podłogą. Spokojnie mogłabym rozpłynąć się nad dachem w ciepłych ciemnościach. Zniknąć rodzinie bez ostrzeżenia. Nie zauważyliby mojego zniknięcia. Śpią. Koza pewnie ze słuchawkami w uszach, bo po zmianie kierunku wiatru jej pokój znajduje się pod największym naporem powietrza. Z każdym podmuchem dobija się do jej okna naderwana gałąź palmy. Słychać aż za zamkniętymi drzwiami do Kozy pokoju.

Przechodzę do gościnnego. Od drzwi do okna jest malutki kawałek. W blasku latarni dostrzegam, że odpłynęła z jezdni cała woda. Nie tylko dlatego nie zgadza mi się ten widok. Jest jednowymiarowy. Wyrazisty. Kurde! Zniknęła moskitiera! No tak. Zapomnieliśmy je pozdejmować. Cholera by to wzięła!

Podchodzę do gołej szyby. Patrzę, jak wiatr szarpie pod domem siatką z okna. Toczy kwadrat po trawie. Przewraca. Jeszcze chwila i moskitiera odleci. Rusza w lewo, a ja za nią. Biegnę z pomieszczenia do pomieszczenia zobaczyć dokąd zostanie porwana. Rozchylam kolejno żaluzje. Największe, zepsute, nad kanapą, unoszę dwoma rękoma do góry. Wypatruję po ciemku aluminiowej ramy, ale światło z ulicy tu nie sięga. Wytężam wzrok. Brakuje mi cieni, które zwykle stąd widać w ciemnościach. Nie ma krzaków? A drzewo gdzie?

[6:00] Kozak wstał. Ziewając, rozsiadł się na kanapie. Złapał za tablet, założył słuchawki i zaszył się w minecrafcie, na nic nie bacząc. Normalnie nie byłabym z tego zadowolona. Teraz gra spada mi jak z nieba.

[6:50] Zaczyna się rozwidniać. Pierwsze co wypatrzyłam to wiatr, miotający w powietrzu ptakami. I że niektóre drzewa przy domu faktycznie nie są tam, gdzie je zostawiłam w sobotę. Jedno wisi nad ziemią. Drugie, kilkumetrowy cyprys, uderzyło w dom sąsiada od kotów. Reszty roślin nie widzę. Musiałabym obejść pozostałe pokoje, a tam nadal śpią.

[7:15] Nie rozumiem, co się dzieje. Kiedy Kozak wychodzi z pokoju do łazienki, sprawdzam lokalne wiadomości, bo żadna stacja pokroju CNN nie bawi się w detale. Nawet The Weather Channel nie jest w stanie wytłumaczyć mi, dlaczego ciągle tak huczy na osiedlu. Wyświetla mi się wreszcie coś czytelnego. Rozjaśnia się w głowie: w mojej części Florydy nadal aktualne jest ostrzeżenie przed huraganem. Nie szkodzi, że przestało lać. Nie przestało wiać. Pierwszy raz obserwuję huragan pędzący na sucho.

[7:30] Nadal jest prąd, a to daje namiastkę normalności. Dla mnie to ważne, bo mam dzieci. Zresztą nie wyobrażam sobie przesiedzieć taką noc przy świeczce czy latarce bez głupich myśli. Stałe światło daje jednak namiastkę poczucia bezpieczeństwa, gdy za ścianą z pustaka przechodzi pogodowe sui generis.





[8:15] Kocham prąd. Co kilkanaście minut, przynajmniej w tej części domu, szum klimatyzacji tłumi na chwilę buczenie huraganu.
Prąd również służy w moim domu do tego, aby zrobić kawę!

Przechodzę do kuchni i kątem oka dostrzegam w oknie za stołem znajomy kształt. Moskitiera!

Obiecałam znajomym na fejsbuku, że tak, owszem, na pewno zachowam w czasie Irmy ostrożność, a teraz, proszę: nie zastanawiając się nad tym, co robię, wyślizguję się boso i w piżamie na taras. Przez kilka kroków tulę się do ściany. Wyglądam zza rogu. Stąd wyraźnie widać mój cyprys na domu obok. Chcę biec obu na ratunek, ale mogę tylko ostrożnie zejść na przemoczoną trawę i spróbować dosięgnąć siatkę. Wierzga się w rozhuśtanym hibiskusie, leżącym na ziemi. Zapadam się w błoto, ale nie na długo. Czuję, że depczę po czymś szorstkim. O żesz! Pod nogami mam rozrzucone dachówki! Sięgam po jedną z nich. Nie wiem, jak długo stoję, bezrozumnie się jej przyglądając, zanim jakieś szturchnięcie wiatru przywróci mnie do świadomości. Dachówka jest czarna. To nie jest kolor mojego dachu!

[8:45] Staję nad ekspresem. Machinalnie odmierzam z puszki kopiastą łyżkę stołową kawy. Rozsypuje się po filtrze. 

Ryczę od pół godziny nad pustym kubkiem i nie umiem powiedzieć dlaczego. Wycieram oczy knykciem kciuka. Mam wszystkiego dosyć. Dociera do mnie, że trzeba porozmawiać z sąsiadami o moim wymarzonym toskańskim drzewie spoczywającym na ich zachodniej ścianie domu. Oby ubezpieczonym.
Na pewno ubezpieczonym!

Hej! To nie tak! Czy to nie my powinniśmy zapłacić ze swojego ubezpieczenia za ewentualną szkodę? Jaką szkodę? No co się mogło oderwać? Tylko tynk.
Nie wiem w sumie. Za wcześnie wyjść się przyglądać. Nie można jeszcze wychodzić z domów.

Ale z drugiej strony, dlaczego to my mielibyśmy płacić? Nie rzuciłam drzewem osobiście. To też trzeba wziąć pod uwagę. To nie ja wyrwałam je z korzeniami.

Dosypuję jeszcze kawy. Wlewam wodę do zbiornika. Zamykam klapkę.
Woda przelewa się przez ekspres, a przeze mnie znużenie, niepokój i dezorientacja. Nie opuszcza mnie nieokreślone poczucie winy.

Napełniam wreszcie kawą umorusany błotem kubek. Pachnie jak w zwykły, zabiegany dzień znajomych zmartwień. Czuję, jak budzi się we mnie ulga. Najgorsze chyba będzie wkrótce za nami. Zasrana jedynka!

Jak to dobrze, że nikomu nic się nie stało. I że chociaż Luby Mąż i dzieci przespali tę noc. Matko! Sękju, sękju, że był prąd!

I że nie było powodzi. Tego najbardziej bała się sąsiadka od kotów. 

Tak. Czeka mnie z nią poważna rozmowa... Zdziwi się kobieta, gdy wstanie. Ale bardzo ją przeproszę... Jasne, że usuniemy drzewo. Mamy piłę motorową. Hm... Czy ta nie ma zepsutego łańcucha? Możliwe. Ale nie szkodzi. Mamy też zwykłą, ręczną. 

Aaaaa!!! Czy ja czasem nie napisałam o tym drzewie na fejsie? Przecież sąsiadka jest w moich fejsbukowych znajomych! I to chyba jej głos słyszę właśnie za oknem. Rozmawia przez telefon, łapiąc się za głowę. Gdyby hibiskus się nie położył, to bym nic za oknem nie widziała. Mam jednak kobietę jak na dłoni: w wymiętym tiszercie, krótkich spodenkach i jajcarskich, czarnych kaloszach. Ciekawe, gdzie je kupiła. I ile dała, bo kalosze w Stanach są drogie...

W porę łapię się, że nie ma co zwlekać. Lecę sprintem do pralni po cokolwiek czystego w moim rozmiarze. Wskakuję w niedopasowane ciuchy, słyszę już i głos sąsiada. 

Zanim wybiegnę na dwór, wypijam trochę kawy.
Tego ranka potrzebuję jej jak mocnego snu.

Irma cz. 4

Jest niedziela, 21:26. Na dworze już ciemno.

Oko Irmy jeszcze ze dwie godziny przed Orlando (poruszając się z południa na północ), ale już jest jak w dobrze wkurnionej myjni samochodowej: woda pod ciśnieniem siecze na oślep, tłucze się między domami i pluje w okna.

Bryzgi są tak silne, że trzęsą się szklane drzwi tarasowe. Nie tylko szyby, cała metalowa rama. Od spodu sączy się do domu woda mimo ułożonych worków z ziemią. Z dachu spływają strumienie wody.

Momentami miga światło. Świszczy deszcz. Raz cichnie, raz się rwie. Ciarki przechodzą, gdy zawyje jak opętaniec.
W tle tłucze się hałas rozpędzonych pociągów. I niepokojące buczenie silnika odrzutowego.

Zeszłoroczny huragan Matthew był jednostajnym wodospadem. Mijał nas od prawej strony i był dalej od miasta. Ściany wody nie biły tak nerwowo jak teraz. Wyraźnie słychać, że są bardziej nieregularne i silniejsze. Mijają nas od lewej i są bliżej.

Jednak wolę być po lewej stronie odległej trójki niż po prawej dwójki pod nosem. Wolę większą rzekę na ulicy niż zezłoszczony wiatr, walący gdzie popadnie.

[po północy]
Natura znów zmieniła bieg.
Huragan skręcił na wschód. Jest bliżej Orlando.

Poczekam jeszcze z godzinę na aktualne informacje.
A potem kładę się spać.
Niech się dzieje co chce.

[pierwsza nad ranem z minutami]

Najsilniejsze wiatry przed nami?
OK.
Ale beze mnie.

Jestem kompletnie wypompowana.

niedziela, 10 września 2017

Irma cz. 3

W południe gubernator Florydy zakończył swoje kolejne wystąpienie. Ale tym razem na koniec krótkiego spiczu kazał się modlić.

Żadna to sensacja, publiczny apel o modlitwę. Amerykanie to zasadniczo ludzie wierzący. Jednak rozpocząć a zakończyć prośbą o modlitwę publiczne przemówienie to dla mnie różnica. Wolałabym usłyszeć na koniec coś innego. Chciałabym usłyszeć, że da się coś zrobić ludzką mocą.

Oczywiście módlmy się. Dziś tylko w domach, bo mimo niedzieli kościoły zamknięte. (Miało lać i grzmieć od rana.)

Rano minęło, o 10-tej zaczęło kropić na moim osiedlu. Huragan się nie śpieszy. Zwolnił sobie.

Wracając do niedzielnych nabożeństw, kto by dziś szedł do kościoła? Miasto przetrzebione. Sporo mieszkańców opuściło domy kilka dni temu. Owszem, hotele przepełnione ewakuowanymi, ale lepiej dmuchać na zimne i chociaż jeszcze nie pada za mocno, nie wychodzić na zewnątrz.

Zostaje nam do oglądania inny ołtarz, ekran telewizyjny. A tam ciągle to samo o zachodnim wybrzeżu: wzbierające fale od dwóch do pięciu metrów nad poziomem oceanu... przelewy wód burzowych... powodzie w nadmorskich miastach... ruina... dewastacja...

Nie nadążam z rozgryzaniem nerwowych wiadomości, bo paski informacyjne są nieczytelne od nawału przekazu. Wieści zlewają się w jeden ciąg: tornada w centralnej części Florydy z policją nie będącą w stanie dojechać do potrzebujących w gminie Miami-Dade z wyślij esemesa DISASTER pod numer 20222, żeby wpłacić dziesięć dolarów akonto rosnących potrzeb...

Siadam przed moim stacjonarnym laptopem. Zachodnie wybrzeże, którędy ma się przeczołgać huragan, to miejsce wielu nam bliskie. To tam, nad Zatoką, są najpiękniejsze plaże.

Naples, Fort Myers, Sarasota, Clearwater koło Tampy... Pisałam z tych miejsc na tym blogu. Pisałam o nich.

Przywiozłam z tych okolic ulubione zdjęcia, od tego w banerze powyżej począwszy. I dziesiątki może mniej spektakularnych, ale dla mnie ważny dokument rodzinnych przygód. I teraz, kiedy punkt 13-ta skończyła się w Orlando przedhuraganowa poczekalnia, gdy zaczęło wreszcie siec deszczem, patrzę wstecz przeglądając fotografie, a ostatnie pstrykałam tego lata. 

Ale podzielę się wcześniejszym, z Kozą na leżaku.




Dobrze wrócić do słońca.
A jeszcze lepiej do dobrych wspomnień. 

sobota, 9 września 2017

Irma cz. 2

Dzień przygotowań dobiega końca. Tak jak miałam w planie wczoraj, rośliny (w tym krzewy doniczkowe) przeprowadzone zostały do domu. Niestety, z trzema jaszczurkami i świerszczem. A może stety? Nie wiem, nie pytałam, gdzie wolałyby przeczekać nawałnicę.

Worki z ziemią ogrodową znalezioną w garażu upchane od zewnątrz pod drzwiami na taras. Pomoc sąsiedzka zakończona. Woda pitna przygotowana. I najważniejsze - działa klimatyzacja.

Działał też dziś Kozak. Na pudle z puszkami ustawił swój sprzęt, żeby odstraszyć huragan.




No właśnie. Huragan miał przyjść dziś wieczorem lecz zwolnił. Pojawi się jutro.
I wzmocnił się. Z kategorii drugiej zrobiła się znów trójka. (Na wysokości Orlando, bo w Key West, gdzie oko huraganu ma być jutro rano prognozują czwórkę.)

Cały system chmurowy przesunął się też na zachód. Dla Orlando to niezbyt dobra wiadomość. Miasto znajdzie się po prawej stronie oka huraganu, a tam wichura jest silniejsza niż po przeciwnej stronie.

Trzy godziny temu zamknięto lotnisko, ale jeszcze można jeździć po ulicach. Dopiero jutro wprowadzona zostanie godzina policyjna. Tylko nikogo nigdzie nie widzę. Może dlatego, że sklepy zaryglowane. Martwa cisza za oknem.

Wyłączyłam telewizor. Nie da rady długo oglądać relacji o żadnym nieszczęściu, kiedy ma zahaczyć o moje podwórko.

Współczuję tym, którzy zostawili domy i śpią po hotelach lub w zatłoczonych salach prowizorycznych schronów. Nie chciałabym rzucać domu w panice. W nerwach. W niepewności. Potem w grupie przypadkowych osób taki strach przybiera tylko na sile. 

Żal mi szkód wyrządzonych przez Irmę i tych, co jeszcze przed nią. A raczej przed nami. Ona sama po sobie na pewno sprzątać nie będzie. Ale nie mam już siły się jej bać, a owszem, pierwszy raz boję się huraganu. Poprzednimi razy było inaczej. Przykładowy Matthew nie był największym huraganem notowanym za najście znad Atlantyku. 

Naprawdę słychać tę ciszę zza okna. Chyba skorzystam i pójdę wcześniej spać, bo kto wie, czy nie będzie trzeba czuwać jutro, w nocy z niedzieli na poniedziałek. Przedtem jeszcze tylko mocno spóźniona kolacja. Z podkładem muzycznym. Przygrywa uwięziony w krzaku bananowym świerszcz. 

piątek, 8 września 2017

Irma

Za każdym razem, kiedy w kierunku Florydy zmierza huragan, uspokajam sąsiadów, że będzie dobrze. Uspokajam, bo błogosławieni, niosący pokój, a mnie aktualnie bardziej niż zwykle potrzeba wszelkich błogosławieństw.

Ostatni miesiąc obrodził zepsutą sedesową spłuczką, niedziałającą zmywarką, groteskową pomyłką sklepu meblowego, co zdeformowało jedną trzecią mojej ulubionej kanapy, szwankującym internetem i pęknięciem ramy okiennej (nie można teraz otworzyć okna w pokoju Kozy, a koziarnię polecałabym czasem przewietrzyć). Kozakowi zaś wybuchł pożar w mikrofalówce i zaglonowała nam się grubo rura wylotowa od klimatyzacji, a to wyłącza agregat. A ja nie mam żelaznych nerwów. Nie chciałam się absorbować Irmą więcej niż musiałam.

Przyglądam się Irmie nie od wtorku, kiedy wybuchła w Orlando panika, a od niedzieli, 3-go września. Nie wiem, co mnie siekło, żeby dokumentować przy okazji rozwój sytuacji, tym bardziej że - jeśli połączyć słowa forecast (prognoza) i uncertain (niepewna) pod załączonym poniżej obrazkiem - nie można było przewidzieć dokładnej trasy ani siły uderzenia. Że przypomnę, najgorszy scenariusz to piątka, potem czwórka, trójka - aż do najłagodniejszej jedynki w skali Saffira-Simpsona.




źródło: weather.com


Niepokoiłam się Irmą, choćby lichą jedynką, z bardzo osobistego powodu: zepsuły nam się w zeszłą sobotę drzwi wjazdowe do garażu. Pękła jedna z metalowych sprężyn. Poszła z takim hukiem, jakby w panele pieprznął od zewnątrz pijany kierowca. Dobrze, że samochód jakim jeżdżę stał na podjeździe, bo byłabym uziemniona - nie wyjechałabym z garażu.

Inaczej mówiąc, w zeszłą niedzielę pojawiło się w mojej głowie pierwszy raz pytanie, czy zdążylibyśmy ewentualnie naprawić drzwi przed równie ewentualnym nadejściem ostrej zlewy. Nie chciałabym, aby fruwające cokolwiek rozbiło szybę, wygięło blachę lub podrapało lakier bardziej niż dzieci (Kozak usunął trochę farby z maski kuchennym śrubokrętem, a syn sąsiadów - taborem, co go raz wcisnął między karoserię a półki w garażu). Choć jeden samochód musi być bezpieczny, bo w Stanach auto jest przedłużeniem ręki. I nóg. Niedaleko się bez czterech kółek dostanę.

Jeśli chodzi o rozważania o samym huraganie, to akurat myślałam o Teksasie. Houston miało problem. Dopiero co przeszła przez miasto wichura z deszczem. Lecąc po łebkach danych, wskutek huraganu zalanych zostało ponad czterdzieści tysięcy domów. Zniszczone zostało milion samochodów. Odbudowę przeciętnego domu jednorodzinnego szacuje się na trzysta tysięcy dolarów, a większość osób dotkniętych potopem nie miała ubezpieczenia powodziowego. (Ja też nie mam, prawdę mówiąc. Pocieszam się w każdym razie tym, że według rządowych map mój dom nie stoi na terenach zagrożonych zalaniem, gdzie poziom wody zatrzyma się dopiero na metrze wysokości.)

W poniedziałek trasa Irmy była daleka od przesądzonej. Może dlatego spokojnie, bez kolejek, zatankowałam samochód i dokupiłam, co uznałam, że w razie braku prądu będzie potrzebne. Dla ścisłości dodam, że w garażu, w skrzyni z najkleką camping/hurricane trzymamy baterie, turystyczną kuchenkę gazową, zupy w puszkach, latarki itp. Zazwyczaj przeglądam zawartość pudła jeszcze w maju, bo okres huraganowy w Stanach zaczyna się pod koniec wiosny. Nie musiałam teraz szaleć z zakupami.

Wtorkowe symulacje komputerowe podyktowały jednak dzisiejszy, piątkowy scenariusz: Irmę należy potraktować poważnie i w Stanach.



źródło: weather.com

W mig zabrakło wody butelkowanej i chleba foliowanego. Został tylko chleb w zamrażarkach i tzw. świeżopieczony. (Ten pierwszy mógłby się rozmrozić; ten drugi - zbyt szybko zeschnąć.) Zniknęły z półek puszki. Ku memu zdziwieniu rozeszły się nawet konserwy eko, dwa razy droższe niż pozostałe. (Panika huraganowa dźwignią handlu, ale w nerwówce zapomniano kompletnie, że można przegotować kranówkę i odstawić w pojemnikach lub zamrozić sobie w woreczkach foliowych. Ta zamrożona jest fajna, gdy nie ma prądu, czyli i klimy. Jest wtedy zimna woda do picia.)

Ktoś we wtorek narzekał na chaos w Walmarcie (sklep à la Carrefour), komuś nie podobał się przedwczesny brak benzyny, próby windowania cen, lecz nie ma wiele reguł bez wyjątków. Nie wszyscy we wtorek wyglądali na zmartwionych. W starym volkswagenie, skręcającym na stację benzynową, dostrzegłam zza szyby dwóch śpiewających chłopaków po dwudziestce. Wyglądali na niegrzeczne wersje Josha Grobana. Po deskach do surfingu zamontowanych na dachu ich samochodu nie trudno było się domyślić, że łowcy przygód wybierali się w kierunku przeciwnym niż większość na Florydzie - nad Atlantyk.

Czy będę się ewakuować?, pytano mnie w środę.
Niestety, nie dysponuję taką sumą pieniędzy, żeby się ewakuować. Linie lotnicze podniosły we wtorek ceny biletów. A gdy Jet Blue wprowadził później opcję jedynych 99 dolarów za lot, niewielu było chętnych ze względu na zbyt odległe miejsca proponowanej podróży.

Natomiast wyjazd autem z Florydy, szczególnie gdy już ewakuuje się południe półwyspu... Kochani! Kto nie jechał przez florydzkie równiny, niech wie, że taka ucieczka odbywa się tylko dwoma szybkimi arteriami, jedną przez Orlando. W popłochu, jaki trwa od kilku dni, pasy tych autostrad w kierunku północnym przypominają miejscami parkingi. Ruch odbywa się dostatecznie ślamazarnie, żeby odstręczyć kolejnych zmotoryzowanych od wyjazdu. To dlatego wczoraj wieczorem gubernator Florydy zarządził zamknięcie wszystkich szkół publicznych. Nie, żeby dzieci były bezpieczne na dzień przed nadejściem huraganu, ale po to, żeby było jak najmniej pałętania się po zakorkowanych drogach przez ewakuujących się tubylców i turystów.

Poza tym w środę musiałam zadbać o Kozę. O jej leki. Poszłam do apteki raniutko, zaraz po otwarciu, ale odprawiono mnie z kwitkiem. Ze względu na ilość nagłych zamówień kazano wrócić po południu.

Poza tym huragan może zawsze nas ominąć, myślałam. Ale wczoraj na mapce pogody Irma zdecydowanie lizała jęzorem już całą Florydę.



źródło: weather.com

Nie umiałam się tym przestraszyć jak należy, za późno też przypomniałam sobie o workach z piaskiem, bo po kilku dniach zabiegów (np. wykłócania się z firmami montującymi drzwi garażowe, że nie chcemy wymiany całości tylko jednej sprężyny), Luby Mąż zwolnił się wcześniej z pracy i pół dnia sam montował nową część i drzwi nie tylko naprawił, ale i wyregulował. Wczoraj wieczorem, pierwszy raz od soboty położyłam się spać bez ciężaru na klacie, chociaż bardzo się bałam zawieruchy z pogranicza czwórki. Zeszłoroczny huragan był trójką, a nabroił.

Dzisiaj rano serce podwójnie podskoczyło z radości. Przypomniały mi się naprawione drzwi, uff! samochód w garażu, a ranna prognoza pogody pokazała to: dwójka na wysokości Orlando. 




źródło: weather.com

Nawet niech będzie, że akurat będzie to trójka w dwójkę przechodząca, tyle spokojnie wytrzymamy. Tj. jak sprzątnę jutro wszystkie donice z roślinami stojące wokół domu. I wniesiemy stolik z tarasiku, i krzesła, i wentylator, i dywan, i tamtejsze donice. Ma zacząć lać i dmuchać jutro, w sobotę wieczorem. I jak naprawimy klimatyzację, która pół godziny temu, a trzeci raz w tym miesiącu, przestała działać, kiedy noc za oknem.

Ps. Chciałam jeszcze rozwiać pewien mit, powtórzony wczoraj przez znajomą z Polski. Mit dotyczy nazewnictwa huraganów.

Opinia zanotowana np. w jednej z książek pani Grocholi, implikująca, że każdy huragan musi mieć imię żeńskie nie jest błyskotliwa a downright be! Wręcz nieładna, bo nieprawdziwa. I krzywdząca

a) wobec huraganów noszących imiona męskie (np. Harvey - to ten, który dopiero co zalał Houston)

b) wobec huraganów ponadgenderowych (np. Baker, 1950 r.)

c) wobec huraganu nazwanego ze względu na dzień, w którym wystąpił (Labor Day, 1935 r.)

Umówmy się, że pominiemy całą rzeszę nienazwanych, niespodziewanych, przez to najtragiczniejszych w skutkach (np. hurgan w Galveston, w Teksasie w 1900r.).

No to jutra!


wtorek, 5 września 2017

Reklama - „Świat wedlug Polki”

Wpisałam w wyszukiwarkę co się dziś najlepiej sprzedaje. Odpowiedziała, że ubrania. Zdziwiłam się. Myślałam, że odwrotnie, że raczej negliże i im pochodne. To niedobrze. Bardzo niedobrze.

Po namyśle postanowiłam przechytrzyć Google Trends. Wróciłam do wyszukiwarki, wpisałam o czym chcą czytać ludzie. Pierwszy punkt z pierwszego linku podał, że o sobie i dlatego ludzie lubią np. horoskopy.
Hm... Nie zaglądam do horoskopów.

Na co wydajemy najwięcej pieniędzy” było strzałem poza tarczę. Bo żywność już w ogóle mi nie podchodzi. Ale dla Was wszystko. Niech będą i fatałaszki i horoskop i jedzenie.

Drodzy Czytelnicy!

W tym miesiącu, gdy Wenus znajdzie się w trygonie Saturna, zrozumiecie, że czas na zmianę. Zamiast kolejnych skarpetek, albo czegoś, co się łyknie i zapomni, kupcie rzecz unikatową i długotrwałą, niedostępną w drogeriach. Rzecz lekkostrawną, nieczasopędną, o ultrakrótkich opowiadaniach łagodzących wiele dolegliwości. Kupcie książkę.

Klub Polki na obczyźnie wydał zbiór opowiadań. Autorkami są Polki rozsiane po świecie, w tym niżej podpisana. W moich dwóch opowiastkach jest o goliźnie, o mnie i o Florydzie - żadne fiksum dyrdum a szczera prawda o dwóch strasznych sekretach, które do dziś relacjonuję, zakrywając twarz dłońmi.

Zajrzyjcie na allegro. Wesprzyjcie zakupem schronisko. Podarujcie książkę komuś, kto myśli o emigracji lub o bliskiej osobie na emigracji. Albo komuś, kto umie czytać. Książka się ucieszy. To klinicznie potwierdzone!





Książka jest dostępna na allegro. Więcej informacji znajdziecie klikając tutaj.
Zawsze też możecie napisać do mnie: sylaba2000@gmail.com 

Z szacunkiem,

Sylaba













poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Pod sierpniowym słońcem


Sobota 12 sierpnia

Dzwoni telefon. Zerkam na wyświetlacz. Szkoła Kozy. Z tego numeru zazwyczaj otrzymuję automatyczne wiadomości, więc nie odbieram, tym bardziej że domyślam się przecież, co się kroi - koniec wakacji. Przypominajka w temacie nie grzeje, nie ziębi. Nawet nie odsłuchuję wiadomości.

Niedziela 13 sierpnia

Odsłuchuję w końcu wiadomość. Tę i kolejną, a ta druga ze szkoły Kozaka. Dyrektorom wcale nie chodzi o nowy rok szkolny tylko o bezpieczeństwo w czasie nadchodzącego częściowego zaćmienia słońca. Częściowe? Tylko? E tam. Zlewam to.

Wtorek 15 sierpnia

W temacie zaćmienia robi się goręcej, bo podobno to widowisko ostatni raz miało miejsce na Florydzie 99 lat temu.

Na FB lokalsi wymieniają się pomysłami, próbując zrozumieć komunikaty wysyłane ze szkół w centralnej Florydzie. Sama już nie wiem, przejmować się tym zaćmieniem, czy nie? Zacznie się już wtedy szkoła, ale można tego dnia zatrzymać dzieci w domu i napisać usprawiedliwienie.

Kuszące. Miałby Kozak do kompletu jeszcze jednego dziwoląga. „Proszę o usprawiedliwienie nieobecności syna z powodu zaćmienia słońca”. Mówię o dziwolągach, bo usprawiedliwiałam Kozaka osobiście, gdy nie chciał wstać, albo gdy włożył sobie groszek do ucha. A raz po prostu zapomniałam, że miał tego dnia pójść do szkoły. No taka prawda. Zdarza się. Jak to zaćmienie.

Czwartek 17 sierpnia

Zastanawiam się, co będzie widać z okolic mego domu. Wpykuję kod pocztowy na stronę NASA. Wyskakują rezultaty, łącznie z ostrzeżeniem, aby nie patrzeć na słońce bez chronienia oczu odpowiednimi filtrami.


źródło: https://eyes.jpl.nasa.gov/eyes-on-eclipse-web-app.html#


Obrazek jest ładny, lecz wiele nie wyjaśnia. Np. czy ściemni się cokolwiek na dworze?

Dalej grzebię w necie. Czytam, że z mojego punktu obserwacyjnego w momencie kulminacyjnym księżyc zasłoni 85% tarczy słońca. Przedstawienie rozpocznie się o 13-tej z minutami, skończy się o trzy godziny później. OK, ale dzień przygaśnie czy nie? Nadal nie wiem.

Na dobranoc zaglądam jeszcze w prognozę pogody na przyszły tydzień. Oczywiście głównie interesuje mnie poniedziałek. Przewidują zwykłe, letnie, burzowe florydzkie popołudnie. Aha. Czyli nie ma czym się rajcować. Może nie być nic widać.

Sobota 19 sierpnia

Kurde frak! Nie można nawet spokojnie sprawdzić w sieci prognozy pogody. Wszędzie linki, zdjęcia i widea o zbliżającym się zaćmieniu słońca. Już nie tylko naukowcy podniecają się nadchodzącym wydarzeniem. Synoptycy też. Np. ostrzegają tych na granicy całkowitego zaćmienia, że temperatura może spać  o 10 stopni Fahrenheita, to zaś może spowodować burze. Gapię się bezrozumnie w ekran. Dziesięć stopni F to około 6 C. Trzeba się tego bać? O co chodzi?

Przypomina mi się, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Nie dochodzę już czyje i jakie.

Armagedon zapowiada się za to na drogach wylotowych z Florydy dla pragnących dotrzeć do pasa całkowitego zaćmienia. Jedzie m.in. koleżanka chórzystka. Pakuje kamper i jutro z mężem wyjeżdża pod Charleston w Południowej Karolinie.

O-o! Ładne rzeczy! Z mapy wynika, że koleżanka pcha się dokładnie na granicę całkowitego zaćmienia, o której rozwodziła się internetowa pogodynka. 

Niedziela 20 sierpnia

Zdecydowałam dzisiaj, że Koza z Kozakiem pójdą jednak jutro normalnie do szkoły. Koza skończy lekcje o 13-tej, więc ustaliłyśmy, że niezależnie od tego, czy córkę będzie cisnął pęcherz, czy przyjaciółce zbierze się na zwierzenia, Koza nie ogląda się za siebie i daje dyla. Nie może się ślamazarzyć, bo o 13:15 zamykają liceum na cztery spusty i nie ma wychodzenia na zewnątrz, żeby nie ryzykować, że co głupszy gimbol-licealista wzrok sobie popsuje, gałując w słońce. Do 16:15 mogą opuszczać szkołę tylko ci, po których przyjadą rodzice. 

Bezzasadna przesada. Bez dwóch zdań. Ale czuję, że administracja broni się w ten sposób przed ludzką głupotą i wyzyskiem, a tego tutaj nie brakuje.

Znalazł się raz taki Amerykanin, co oblał sobie w samochodzie krocze gorącą kawą z McDonalda, podał fastfudową sieć do sądu i wygrał miliony. Najbliższe liceum milionami nie dysponuje, ale za uszczerbek na zdrowiu dziecka jakiś rodzic mógłby i tak odpowiedni rachunek wystawić. Na ten przykład rodzic Tomasza O., z którym Koza ma w tym roku historię Stanów. Że krewny Tomasza O. podałby szkołę do sądu wnioskuję zaś na podstawie relacji córki. Opowiadała, że chłopak zdążył już zapisać się w historii szkoły jako totalny dupek, gdy okazało się, że w klasie jest jeszcze jeden Tomek.
- Ale ja jestem Tomasz O. jak odbyt! A tamten to jest Tomasz J. Jot jak jajnik. He, he, he!

Administracja więc dmucha na zimne. Możliwe, że Tomasz O. Jak Odbyt uszkodziłby sobie dla beki siatkówkę. A jak nie on, to kolega o podobnej wrażliwości.

Ja natomiast ufam Kozie, że dojdzie do domu. I to bez specjalnych okularów, które można było jeszcze w zeszłym tygodniu kupić na Amazonie za jedyne 34 dolary (nie wliczając kosztów wysyłki) lub za darmo dostać w lokalnej bibliotece. Puszczam Kozę bez odpowiedniego gadżetu, bo o 13-tej i tak byłby Kozie jeszcze nie potrzebny. Nie będzie ponoć jeszcze na co patrzeć.

I zaryzykuję z Kozakiem. Pójdzie do szkoły. Gdy będę go odbierać, akurat ma mijać apogeum zaćmienia. Wychodząc z budynku, Kozak podrepcze dokładnie w stronę słońca z księżycem. Ale liczę na to, że i syn będzie bezpieczny. Że przyciężki plecak przygnie dzieciaka do ziemi, a w tej pozycji trudno zadzierać głowę.

21:35
Sprawdzam znów prognozę pogody. Zamiast piorunów ma być częściowo zachmurzone niebo. Może być.

Poniedziałek 21 sierpnia

10:47
Sąsiadka zaprasza sms-em na wspólne oglądanie nieba. Jej mąż jest jednym z siedmiu milionów podróżnych, którzy wybrali się do pasa całkowitego zaćmienia. Zatrzymał się w Południowej Karolinie, u rodziny, czuwa właśnie pod bezchmurnym niebem.

Iść do sąsiadki? Trafił mi się wolniejszy dzień, ale czy ja wiem... W Orlando może nie być za wiele do oglądania. Wyjrzałam już dziś na niebo i zarejestrowałam cień słońca w kłębowisku nisko mknących chmur. Zresztą, gdy nadejdzie czas oglądania nieboskłonu, muszę się zebrać po Kozaka.

I poza tym u sąsiadów jest kocur, z którym mam na bakier. Jednak zostanę w domu.

12:15
Huknęło i lunęło. Póki co obserwować można typowe letnie popołudnie na Florydzie. Wbrew wczorajszej prognozie pogody.

13:10
Słońce wyszło zza chmur. Ciekawe na jak długo.

14:30
Wybieram się po Kozaka. Słońce przykładnie świeci na błękicie. Na osiedlu dziwnie cicho. Gdzieniegdzie tylko grupki ludzi chowających się w cieniu.
Mijam zieloną murawę, skąd dwa razy w roku mieszkańcy dzielnicy oglądają pokazy fajerwerków, w Dzień Niepodległości i na Sylwestra. Tym razem towarzystwo rozparło się w krzesłach ale w pełnym słońcu, pod parawanami. Upał pomagają przetrwać lodówki turystyczne.
Jedni z okularami na nosach, drudzy z pudełkami po chrupkach śniadaniowych. Bo zaćmienie można zaobserwować na różne sposoby. Nie potrzeba specjalnych soczewek. Można użyć kartonowego pudełka. Pani patrzy. Tu robi się dwie dziurki, tu przykleja aluminium. A tu na spodzie białym papierem się szparę podkleja. I staje się tyłem do słońca i zagląda do środka.
Albo, według mojego patentu, zerka się na słońce przez niebieskie przyciemnienie na przedniej szybie samochodowej. Potem jeszcze zamyka się powieki i proszę: negatyw ale w kształcie półksiężyca.

14:54
Światło lekko przygasa. Świerszcze co prawda nie wychodzą, latarnie się nie włączają, ale dzieje się coś ważniejszego. Nie dość, że w samej połowie pory letniej w geograficznym centrum Florydy, to w dodatku w środku popołudnia mogę stać na dworze bez okularów słonecznych - bez mrużenia oczu. Chociaż słońce nadal bardzo wysoko, wszystko dookoła delikatnie zmatowiało i nie drażni odbijanym światłem. Rozluźniam twarz, rozglądając się dookoła. Takiego słońca by chciało się na co dzień. Gdy zamiast oślepiać oświetla.  

16:15
Jasność za oknem wraca do normy. Znów migocze, skrzy się i pali. Piszczą gdzieś dzieciaki. Kozak wbiega co chwila do domu i słychać buczenie dozownika lodu, stukot kostek w szklance i huk zatrzaskiwanych drzwi. Dzień znów jak co dzień. A! Z drugim wyjątkiem. Koza przegląda w telefonie nową fryzurę. Nie ma to jak wpaść bez zapowiedzi do salonu fryzjerskiego w zaćmienie słońca. Na ulicach bezruch, u fryzjera to samo. Bez kolejek. Rach-ciach i wracamy do domu. To rozumiem!

18:03
No, to co?
Obiad, lekcje... 

Zanim się obejrzę, dwudziesty pierwszy sierpnia dobiegnie końca. 
Ciekawe, kto z nas go będzie jutro pamiętał? A za tydzień?
Nie zdziwię się, jeśli niewielu. 

Księżyc był i się zmył.
Życie kręci się dalej.


Ps. dla tych, którzy zmartwili się zamkniętymi w szkole licalistami. We wszystkich szkołach publicznych w centralnej Florydzie, rodzice mieli trzy możliwości:

1. Nie wysyłać dzieci na lekcje (co wybrała około połowa)
2. Odebrać dzieci w południe (co wybrała około połowa tych, którzy posłali dzieci do szkoły)
3. Odebrać dzieci po południu (co i tak planowano zawczasu, szczególnie względem dzieci zostających w szkole na zajęcia pozalekcyjne)












środa, 24 maja 2017

Realizm pojęciowy - Wywód na dowód

- Mama - zaczyna Kozak w drodze ze szkoły - a Jackson nie wierzy w Boga.
- I nie musi, synku. Ludzie mogą wierzyć lub nie wierzyć, jak chcą i w co chcą. Każdy ma do tego prawo, łącznie z twoimi kolegami z klasy. Pamiętaj o tym.
- Ale kiedy Jackson mówił, że Pan Bóg nie istnieje, akurat cichutko puściłem bąka. Nie było nic słychać ani czuć i Jackson w ogóle nie zorientował się, że pierdnąłem. A był obok mnie, bo podawał mi paski do przyklejenia. Jackson wierzy tylko w to, co widać, ale ja wiem, że chociaż bąków nie widać, pierdnięcie było. Po prostu było niewidzialne, jak Pan Bóg.
- Mówisz...
- A potem Jackson zaczął wołać: "Daj mi jeden dowód na istnienie Boga! Jeden dowód!". Powtarzał tak w kółko, więc wrzasnąłem, że czasami na dowód czy coś jest trzeba niestety poczekać. Nie zawsze można mieć go tak od razu. Może nawet minąć rok. Albo dużo lat. A o niektórych rzeczach człowiek dowie się dopiero po śmierci.
- Hm... Cóż...
- Wtedy Jackson powiedział, że on nie ma zamiaru czekać tak długo i że chce dowodu na istnienie Boga teraz zaraz, zanim wytnie mi resztę wyrazów z ćwiczeń do przyklejania.
- I co odpowiedziałeś?
- Nic. Przecież nie da się puścić na zawołanie głośnego, cuchnącego pierda!
- No tak, no tak...
- Myślisz, że nie próbowałem? Próbowałem! Ale zamiast drugiego bąka wycisnąłem tylko cały klej z butelki. I dostałem od pani naganę, że się wyrażam. Ale ja się nie wyrażałem! Powiedziałem prawdę - moją pracę diabli wzięli!

wtorek, 28 marca 2017

Lekcja Pięćdziesiąta Czwarta: W stronę Kozaka

Ciągnę Kozę za uszy do nauki polskiego. Ciągle o niego drżę, bo dla mnie wciąż oscyluje w granicach ryzyka egzystencjalnego. Ale postronek dawno zerwany, a Koza spora (za moment stuknie jej szesnaście wiosen), toteż zwykle się wywinie.

Brak mi sił, żeby staromodnie przymusić, na przykład banując komórkę. Chodzę permanentnie skołowana. Stoję przed otwartą spiżarką i nie wiem, jak tam się znalazłam. Szukam sedesu po kuchni, na jedną parę okularów nakładam drugą. Rozumiem, jak czuła się moja mama, gdy podeszła z zapaloną zapałką do pralki i zdziwiła się, że nie ma palników. To ostatnie mi co prawda nie grozi, bo nie używam zapałek, gotując. Ale fakt pozostaje faktem: kawał czasu potwierdzi, że zbyt często nie ogarniam życia i Kozie w to graj.

- Położyłam ci na biurku czytankę z ćwiczeniami - mówię, sugerując, że musi zając się polskim sama.
- Nie mam czasu. Muszę czytać lekturę - odpowiada dzieciak po angielsku.
- Dasz radę zrobić jedno i drugie. Książka jest krótka! (To Noc Elie Wiesela.)
- Mam sprawdzian z matematyki.
- Czy wczoraj nie było?
- Wczoraj była kartkówka. Jutro - sprawdzian.
- Przecież mówiłaś, że i tak dostaniesz pałę. Zabieraj no się za polski.
- A właśnie, że za kartkówkę dostałam 100 punktów!
- Czego chodzisz bez papci?
- Bo jest globalne ocieplenie?

Koza coraz śmielej podryguje, ponieważ mija pół roku, odkąd dostała skrzydeł. Po prawdzie to tylko rozmiar XS, ale podfruwajka chwilami dorosła się robi, bo oto zaczęła dorabiać.

Żadne zawrotne sumy, lecz powód, dla którego poproszono o Kozę po prostu mnie powalił. Pracodawca chciał, aby miła, sympatyczna dziewczyna, jaką od czasu do czasu zatrudni do dziecka, mówiła po polsku. I w okolicy trafiła się taka jedna. Moja Koza.

Satysfakcja, jaką czuję po latach, szczególnie tych ostatnich, kiedy podważałam sens siłaczki nad siadaniem do polskiego, dopiero się wykluwa. Jestem zbyt oszołomiona i nie potrafię opisać, co w duszy roście. Inkaustu i słów brakuje. Z jednej strony nie chcę zapeszać radości, z drugiej mam ochotę pokazać słońcu zwycięską motykę.

Sienkiewicza może Koza nie przeczyta. Nie pozna klasyki polskiej literatury jaką w Polsce przerabia licealista. Nie przeczyta moich pamiętników, listów, które do niej piszę, kiedy nie widzę innej drogi rozmowy. Wątpię, czy zajrzy na ten blog, choć wie, że istnieje. W porzo. Niech już tak zostanie. Ja poczytam Sienkiewicza, żeby mu przykro nie było.
- Wraże Uroczyszcze - mruczę, sprzątając po kolacji.
- Do mnie mówisz? - Koza wyciąga z ucha słuchawkę.
- Wraże Uroczyszcze - powtarzam głośno. - Niezły połamaniec, co? Dasz radę wymówić, czy za trudne?
Koza patrzy na mnie z politowaniem.
- Wraże Uroczyszcze - woła z kanapy Kozak, z angielskim akcentem, ale nie ma wątpliwości, że chodzi o ż i cz, kiedy je wymawia. 
Dobrowolnie!

And that's my cue. To mój znak, że na mnie już czas.
Wiem, kiedy odejść, dać Kozie pożyć.

Wymyka się. 
Prędzej dziś zainteresuje kurs prawa jazdy niż lekcja polskiego z matką.
Taka kolej rzeczy. 

Ale nature abhors a vacuum - natura nie lubi próżni. 
Dlatego skradam się w stronę syna:
- Taś, taś, Kozaczku...


poniedziałek, 13 lutego 2017

Podwójna dawka

Niedziela w południe, mąż musi do lekarza, bo nie wytrzyma do jutra. Ogólna słabość wzięła, gardło boli i temu podobne.

Wstawiłam naczynia do zmywarki, poczytałam Kozakowi, obudziłam Kozę, zabrałam się do sklepu - cały czas kaszląc. Obliczyłam, że dychranie nie ustaje od tygodni. A jeśli to zapalenie oskrzeli? Czternasta z minutami podejmuję odkładaną męską decyzję i sama jadę dać się zbadać.

W poczekalni dyżurnego mini-pogotowia tylko trzech pacjentów, w tym Luby Mąż.
- Ty tu ciągle siedzisz??
Miał pecha. Przed nim było kilka osób. Szczęściem on następny.
Rejestruję się. O! Państwo są małżeństwem? To samo ubezpieczenie? To może razem do gabinetu? Pewnie. Krępacji nie ma. Po latach korzystania z jednej łazienki, pani! co to dla nas wspólne badanie...
Pielęgniarka wskazuje drzwi z numerem 2. Dwójeczka? To niczym my, ja i mąż. Znak! Jak pragnę zdrowia!

Wchodzimy. Siadamy na kozetce. Pod tyłkami szeleści biegnąca wierzchem leżanki bibuła ochronna. Patrzymy po sobie zdezorientowani. My ostatnio nigdzie sami. Minimum samotrzeć. Więc co teraz? Cóż człowiek robił wspólnemy czasy, kiedy mu nie przerywano?

Czasy te zaczęły się właśnie na siedząco, przy kulawym stoliku w stołówce pracowniczej. Miesiąc, dwa i - wciąż po koleżeńsku - znaleźliśmy się na ławce w parku. (Trzymała nas do drugiej nad ranem.) Pół roku później siedzieliśmy już na tęskniącej a jeszcze na peronie. Rzuciło w końcu na przyozdobione klęczniki. W fotele w powietrzu, w wynajęte mieszkanie, w wir wspólnych studiów i pracy.
Teraz lądujemy razem na wywiadówkach, o drugiej w nocy gadamy przez sen, ławeczki w parkach zawsze zajęte przez cudze dzieci, a przy posiłku, w towarzystwie sennej Kozy chybocze się dziś Kozak.
Trudno o chwilę dla dwojga, a tu psikus - randka w gabinecie lekarskim! Sorry, Batory, Erich Segal (gość od Love Story) by lepiej nie wymyślił. (Bo - spoiler! - jednego z bohaterów by zabrakło.)

 - To zacznę od żony. - Pielęgniarka wróciła. Mierzy ciśnienie i temperaturę. Podaję symptomy. Po mnie kolej na męża.
Przychodzi lekarz. Osłuchuje. Powtórka z symptomów. Czekamy w ciszy na wyniki wymazów. Nawet kaszleć mi się nie chce. Wreszcie lekarz wraca, wydaje diagnozy. Potem Luby Mąż udaje się do apteki. Ja - do dzieci.

W samochodzie myślę o nas, Jacek i Barbara - nudna starsza para. Ze zmarszczkami, z wykrotami, ze wspólnotą majątkową - mówiąc formalniej, kumulatywny efekt zaciąganych kredytów i długów wdzięczności. Wiecznie pełen zmartwień nasercowych. Nie takie to inne. Co krok. Przynajmniej co moje to twoje. Ot co!

Gdy biorę leki, zapuszczam się wstecz aż po kibolący się stolik w stołówce pracowniczej. Tak, ten sam, co nas połączył. Pojawia się każdy detal. Serwetnik Społem, cienki, biały wazonik, a obok - mąż.
Ale ten z pretensjami, jakby dostał nagle białej gorączki!
- Wzięłaś mój antybiotyk!!
Patrzę na opakowanie.
- Naprawdę? No ale skąd mam widzieć bez okularów, co biorę!?
- To czemu ich nie zakładasz?
Bo nie pa-mię-tam! Są ważniejsze rzeczy na głowie!
Znajduję szkła do czytania, żeby sprawdzić naklejkę. Faktycznie - doszło do omyłki. Luby Mąż, widząc moją minę, nic już nie mówi.
Ja też nie - gościu od Love Story wyraźnie powiedział, że "Miłość to znaczy, że nigdy nie trzeba mówić przepraszam".
Ale niech tam. Nie będę taka.
Posyłam blady uśmiech. Ewentualnie mogę jeszcze rozłożyć bezradnie ręce. Albo głęboko westchnąć.
Podchodzę do chłopa, spoglądam mu w twarz i zaczyna targać mną kaszel. Love and germs are in the air! Razem roznoszą się w powietrzu i miłość i zaraza w urocze, niedzielne popołudnie.

I piszę o tym na poświadczenie, że "Każda kobieta dwa razy szaleje: kiedy się kocha i kiedy siwieje."

wtorek, 17 stycznia 2017

"Wspólnemi" siłami - wytyczne na Nowy Rok

Nie praktykuję wymyślania postanowień noworocznych. Życie samo schody ustawi, głupia bym była je sobie dodawać. Postanowienia noworoczne przyniósł za to Kozak ze szkoły. Wszyscy uczniowie pisali, o dziwo, napisał i on.

1. Become a better spy.
Że chciałby zostać lepszym szpiegiem.

2. (pisze dziecko biegłe w elektronice) Become better on my tablet.
Że chciałby sprawniej posługiwać się tabletem.
(Pytam ja się: da się?)

3. Stop telling my secrets. 
Przestać rozpowiadać swoje sekrety.

To główne założenia, jest ich więcej, ale istnieje punkt niezapisany, o którym wiem, że jest najważniejszy. Mianowicie Kozak chce przyjaciela, który nie będzie się kłócić. To nie może być nikt z rodziny, ani z klasy, ani z dzieciaków na podwórku. Nie wiem więc, gdzie go znaleźć.

Posiadanie przyjaciela poważnie leży dziecku na sercu.
- Nie wiesz, mamo, że Bóg kazał mieć przyjaciół? To jedno z dziesięciu przykazań.

Być może, ale przykazania swoją drogą, a możliwości człowieka swoją. Obawiam się, że sen o takim koledze długo się nie ziści, ale skupmy się na pozytywach.
Połowa stycznia, a Kozak osiągnął pierwszy cel z noworocznych ustaleń. Odbieram dzieciaka w zeszłym tygodniu ze szkoły i słyszę zamiast powitania:
- Mama! Już wiem, jak lepiej szpiegować!
- Tak? Gratuluję! Jak się to robi?
- Musisz mi kupić lornetkę!